NIEUCHRONNOŚĆ I PIES
Daniel Gildenlöw
tłumaczenie: kmi3ciu


To dziwne. Po wszystkim, to jak badanie mapy, na której masz swój wyznaczony cel, by osiągnąć zwiastujący coś złego krzyż na środku kartki - Katastrofa. Po wszystkim, radość, którą wszyscy dzieliliście kilka sekund wcześniej, wydaje się być pusta i bezsensowna. Po wszystkim, śledzisz kropkowaną linię tam i z powrotem i znowu i znowu i znowu... Jak daleko musimy się cofnąć?

500 metrów i wszystko jest dobrze, bezpieczni w samochodzie, śmiechy ... 400 metrów i wszystko jest dobrze, beztrosko nie zdając sobie sprawy z krzyża na wprost... 300 metrów i zauważasz ludzi dalej na drodze, po Twojej lewej (ale zauważasz ich tak, jak zauważasz kwiaty w rowie, albo chmurę na niebie, w bezpiecznym dystansie od letniego słońca)... 200 metrów, a słońce świeci miło przez przednią szybę, radio gra... 150 metrów i konwersacja zostaje wzburzona ruchem po lewej, ludzie próbują utrzymać nerwowego psa z dala od jezdni "uważaj piesku, uważaj na samochody, zostań z nami..." 120 metrów, a my siedzimy cicho w samochodzie, poruszając się 100 kilometrów na godzinę, przemieszczając się szybko w cień krzyża, z radiem, ze słońcem za szybami... 100 metrów i jesteśmy wystarczająco blisko, by zobaczyć niepokój w oczach tamtych ludzi i jakoś wiem ze nie panują nad sytuacją, zaraźliwy brak kontroli, wkrótce się okaże... 80 metrów i pies wyswobadza się, zmierzając na drogę... 70 metrów i mój ojciec, ciągle spokojny, sprowadza samochód na prawą stronę drogi, jako, że wszyscy czekaliśmy, aż pies nas zobaczy, ale on biegnie, och biegnie - spoglądając do tyłu, w kierunku ludzi podnoszących głosy w panice... 60 metrów, a pies ciągle wierzy, że ucieka od niebezpieczeństwa, zamiast się do niego zbliżać, a cisza zmienia się w pisk opon i niebieski dym... 50 metrów, a prawe, przednie koło opuszcza asfalt, aby zaryć się w cienkiej warstwie ciepłego, letniego piasku, zostawiając kłęby pyłu za nami, który zmieszał się z czarnym i niebieskim... 40 metrów do psa na drodze, teraz na drodze, na naszej drodze, nam na przeszkodzie... 30 metrów i słyszę mojego ojca, w panice mówiącego do psa "zawróć do cholery, co robisz", ale nawet gdyby pies nie był po drugiej stronie naszych okien (czy słońce ciągle jeszcze przez nie świeci?), słowa utonęłyby w tej symfonii Nieuchronności, znacząc zarysy tego krzyża... 20 metrów, a uderza mnie, że czas zawsze przyśpiesza zaraz przed kolizją, nieważne, jak mocno wciskasz hamulce... 10 metrów, jak dotąd wszystko w tym samym czasie jest wolne i ciche... 5 metrów, nierealne, nierealne, nierealne... 1 metr i już nie mogę zobaczyć psa obok samochodu z pozycji siedzenia pasażera, ale wtedy słyszę, jak coś uderza, albo jest uderzane przez samochód, a mnie jest zimno, tak bardzo zimno.

A wszystko to dzieje się w mniej, niż dziesięć sekund. Dziesięć sekund tak przesiąkniętych informacjami, że sprawiają, iż poprzednie godziny jazdy samochodem tego samego dnia odchodzą w zapomnienie, wstydząc się swej własnej małości. Zostawiając nas z dziesięcioma sekundami poza krzyżem, poza bladością, poza granicami Nieuchronności. To dziwne.

Po wszystkim samochód zatrzymuje się prawie natychmiast, a ja czuję ten dziwny nacisk na uszy, tą dziwną ciemność na moim wzroku. Po wszystkim świat pachnie jak spalona guma i czujesz smak paniki w ustach. Po wszystkim wszędzie jest spokojnie i prawie nie zauważam biegnących dwadzieścia metrów z tyłu ludzi. Mój ojciec opiera się o kierownicę, a odległa część mnie współczuje mu, temu wielkiemu mężczyźnie na skraju łez. To on prowadził samochód, nie ja i jeśli ja mam swój żołądek w ustach, to on musi przyciskać swoje białe wargi do kierownicy, by powstrzymać jego własny przed wydostaniem się. Odległa część mnie chce powiedzieć "zrobiłeś wszystko, co mogłeś, jakoś się ułoży"... Ale czuję ten smak paniki w ustach i coś zakłóca tę masywną ścianę odrętwienia. Powoli odrętwienie zaczyna ustępować i przynajmniej zdaję sobie sprawę, co to jest - dzikie wycie; nieustający płacz z bólu i strachu dochodzący zza samochodu. Ten samochód - muszę się wydostać z tego samochodu. Mimo wszystko wiem, że przekonam się do rzeczywistości w momencie, gdy otworzę te drzwi na powietrze na zewnątrz, na wycie. Raczej szybciej pozbyć się tego obrzydzenia, niż pozostać w nim w tej nierzeczywistej ciszy zaprzeczenia, które utrwala ten skruszony pojazd, stojący teraz nieszkodliwie przy drodze, bezpieczny po drugiej stronie niewidzialnego krzyża.

Pies jest ciągle biały, obłędnie wlekąc swoje sparaliżowane odnóża za sobą, gapiąc się na nas dziko, próbując ugryźć każdego, kto próbuje się do niego zbliżyć. "My to zrobiliśmy" myślę "O Boże, My mu to zrobiliśmy!" Jak powiedzieć, że ci przykro śmiertelnie choremu zwierzęciu? Jak wyjaśnić? Gdybyśmy wiedzieli, że będziesz dalej biegł, skręcilibyśmy w twoje lewo i ciągle byłbyś cały, tylko przerażony i biegnący... biegnący. Czarne siniaki pojawiają na tyle jego ciała, od kręgosłupa, a ja chcę płakać. Pies mnie nienawidzi, wiem to; musi nienawidzić nas wszystkich, przecież właśnie go zabiliśmy. Ludzie robią, co mogą, aby wyczyścić ten czarny krzyż, zetrzeć go z mapy - biegnąc po koce, zwalniając samochody. Ja, który byłem przygotowany na obwinianie, nie usłyszałem nic. Mruczenie zaniepokojonych głosów, wśród nich mojego ojca. Czyj to pies? Mógł należeć do rodziny tam dalej, wzdłuż drogi... wskazuje przez pola... mają psa, który wygląda jak ten. Numery telefonów odszukane, telefony wykonywane, a ja patrzę z drżącymi nogami na psa, głaz i lód w mojej klatce piersiowej, gdy myślę o płaczących dzieciach tracących swojego psa.

Jest teraz spokojniejszy, jego energia wycieka na gorącą, letnią drogę, uciekając z jego oczu, jako, że ciągle próbował wstać, najwyraźniej przykuty do ziemi paskami czarnej gumy, rysującej asfalt pod jego połamanym ciałem. Ktoś jest w stanie położyć ocieplający koc na psa i zbliżyć się, zwracając się do niego łagodnie. Podchodzę bliżej, zawstydzony. O ta winowajcza miłość w moim sercu, co mam z nią zrobić? Dzikie wycie zmieniło się teraz w ciche skomlenie, a jego oczy mgliście poszukują naszych zmieszanych twarzy. Co to jest? Nie rozumiem tego nowego stanu Życia, jak to się zdarzyło?

Pies rodziny jest widocznie w domu i bezpieczny, a nowo przybyli ludzie rozmawiają o dzikim psie, który był widziany w okolicach w poprzednich tygodniach. Cieszę się szczęściem dzieci, ale pies przede mną pozostaje ten sam, tak jak jego ból i strach. Siedzimy teraz blisko zranionego zwierzęcia, czekając, aż policja przybędzie. Zaczynam się przyzwyczajać do tego nacisku na uszy. Pies zaczyna się przyzwyczajać do swojej śmierci. Radiowóz nadjeżdża zza zakrętu, 500 metrów od tego zanikającego krzyża. Zbliżając się cicho na miejsce, z gorącem asfaltu zmieniającym jego zbyt racjonalny kształt w prawie łagodną plamę. Nieuchronność. Wieki temu byliśmy dokładnie w tym samym punkcie, ale podczas, gdy my jechaliśmy wzdłuż wykropkowanej linii mapy, oni nie. Podczas, gdy my nie byliśmy świadomi, czego się spodziewać, oni są. Niedobrze mi, ale przyzwyczajam się do tego.

Dezorientacja. Jak podniesiemy zwierzę z ziemi? Policjant ostrożnie przeciąga psa na duży kawał drewna, żeby móc go podnieść. Krótka namiastka wycia, które potem znów zmienia się w zmęczone skomlenie. W końcu, zanim nawet cichy policjant załadował zwierzę na tył ich samochodu, by zabrać je do lecznicy, te słabe oczy zaczęły patrzeć na nas z uczuciem. I widzę umysł gapiący się przez te oczy, jakby mówił "Boże pomóż mi - umieram!" Ale jedynymi bogami w pobliżu tego dnia jesteśmy my, a nasze postępki nie były sprawiedliwe. Nie chcę widzieć, jak ja tego nienawidzę! Gdyby tylko ktoś mnie ukołysał w słodką błogość samozakłamania, jeśli tylko ktoś mógłby mi pomóc wypowiedzieć przyzwoite kłamstwo... Podczas, gdy podłe siniaki rosną i ciemnieją na sparaliżowanym zadzie psa, słyszę głos wewnątrz mnie, próbujący mnie przekonać, że pies wydobrzeje, pies wydobrzeje. A jeśli pies wydobrzeje, to może ja też, pomimo wycia i spalonej gumy. Pomimo tych wypełnionych uczuciem oczu zwierzęcia, niezdolnych do oddzielenia mnie od kierowcy tego samochodu. Samochód. Musieć wrócić do tego samochodu i jechać do domu, wiedząc że pies udawał się w innym kierunku.. Gdziekolwiek by go nie zabrali, dokądkolwiek byśmy nie pojechali, on niewątpliwie udałby się w innym kierunku. Żadnej słodkiej błogości samozakłamania, żadnej litości nad zabójcą. Wracaliśmy w ciszy, a mnie wydało się, że, niezależnie od pisku opon, dzikiego wycia, zmartwionych głosów, cały ten dzień wydawał się być naznaczony przez ciszę. Jak na razie, jedynym widocznym znakiem na nas było małe stłuczenie z boku samochodu.

To dziwne. To małe stłuczenie nie opowiedziało historii tego dnia, w ogóle nie mówiło o wyciu i wielkich krzyżach. Jeszcze w jakiś czas po wszystkim zapach śmierci był ciągle w powietrzu... Otoczenie prawie nie tknęło samochodu, podczas gdy kupa mięsa i krwi, która jestem, ciągle dźwiga spojrzenie tych słabych, wypełnionych uczuciem oczu głęboko wewnątrz siebie. Podczas, gdy dławione wycie odbija się w moich uszach za każdym razem, kiedy przejeżdżam obok zaschniętych plam zwierzęcej krwi na drodze. Mimo, że nie było żadnych stłuczeń, znaków, ani czarnych guzów na moim ciele, to wiem, że zapach przerażenia zachowuje się o wiele łatwiej w mięsie, niż w metalu. Ponieważ, oczywiście ciągle tu jest, ponad piętnaście lat po wszystkim.

To dziwne. Po wszystkim, to jak badanie mapy, na której dwa obiekty na pewno się spotkają, na tym wielkim, złowrogim krzyżu. Po wszystkim, możesz z łatwością - z łatwością - dokładnie wskazać setki kropek na tych dwóch liniach, w których możesz zmienić rezultat i uniknąć Katastrofy, prawie bez wysiłku! Po wszystkim... Ale struktura czasu nie działa w ten sposób. Struktura czasu nie pozwala na tego rodzaju łatwe zmiany, ponieważ jest oparta na zupełnie innej podstawie: Nieuchronności. A to, gdy tragedia jest wystarczająco wielka, jest aspekt życia, w którym może ono nas w końcu złamać.

4 grudnia, 2000
2:22 rano

 inne tekstyna górę