|
To dziwne. Po wszystkim, to jak badanie mapy, na której
masz swój wyznaczony cel, by osiągnąć zwiastujący coś
złego krzyż na środku kartki - Katastrofa. Po wszystkim,
radość, którą wszyscy dzieliliście kilka sekund wcześniej,
wydaje się być pusta i bezsensowna. Po wszystkim, śledzisz
kropkowaną linię tam i z powrotem i znowu i znowu i znowu...
Jak daleko musimy się cofnąć?
500 metrów i wszystko jest dobrze, bezpieczni w samochodzie,
śmiechy ... 400 metrów i wszystko jest dobrze, beztrosko
nie zdając sobie sprawy z krzyża na wprost... 300 metrów
i zauważasz ludzi dalej na drodze, po Twojej lewej (ale
zauważasz ich tak, jak zauważasz kwiaty w rowie, albo
chmurę na niebie, w bezpiecznym dystansie od letniego
słońca)... 200 metrów, a słońce świeci miło przez przednią
szybę, radio gra... 150 metrów i konwersacja zostaje wzburzona
ruchem po lewej, ludzie próbują utrzymać nerwowego psa
z dala od jezdni "uważaj piesku, uważaj na samochody,
zostań z nami..." 120 metrów, a my siedzimy cicho
w samochodzie, poruszając się 100 kilometrów na godzinę,
przemieszczając się szybko w cień krzyża, z radiem, ze
słońcem za szybami... 100 metrów i jesteśmy wystarczająco
blisko, by zobaczyć niepokój w oczach tamtych ludzi i
jakoś wiem ze nie panują nad sytuacją, zaraźliwy brak
kontroli, wkrótce się okaże... 80 metrów i pies wyswobadza
się, zmierzając na drogę... 70 metrów i mój ojciec, ciągle
spokojny, sprowadza samochód na prawą stronę drogi, jako,
że wszyscy czekaliśmy, aż pies nas zobaczy, ale on biegnie,
och biegnie - spoglądając do tyłu, w kierunku ludzi podnoszących
głosy w panice... 60 metrów, a pies ciągle wierzy, że
ucieka od niebezpieczeństwa, zamiast się do niego zbliżać,
a cisza zmienia się w pisk opon i niebieski dym... 50
metrów, a prawe, przednie koło opuszcza asfalt, aby zaryć
się w cienkiej warstwie ciepłego, letniego piasku, zostawiając
kłęby pyłu za nami, który zmieszał się z czarnym i niebieskim...
40 metrów do psa na drodze, teraz na drodze, na naszej
drodze, nam na przeszkodzie... 30 metrów i słyszę mojego
ojca, w panice mówiącego do psa "zawróć do cholery,
co robisz", ale nawet gdyby pies nie był po drugiej
stronie naszych okien (czy słońce ciągle jeszcze przez
nie świeci?), słowa utonęłyby w tej symfonii Nieuchronności,
znacząc zarysy tego krzyża... 20 metrów, a uderza mnie,
że czas zawsze przyśpiesza zaraz przed kolizją, nieważne,
jak mocno wciskasz hamulce... 10 metrów, jak dotąd wszystko
w tym samym czasie jest wolne i ciche... 5 metrów, nierealne,
nierealne, nierealne... 1 metr i już nie mogę zobaczyć
psa obok samochodu z pozycji siedzenia pasażera, ale wtedy
słyszę, jak coś uderza, albo jest uderzane przez samochód,
a mnie jest zimno, tak bardzo zimno.
A wszystko to dzieje się w mniej, niż dziesięć sekund.
Dziesięć sekund tak przesiąkniętych informacjami, że sprawiają,
iż poprzednie godziny jazdy samochodem tego samego dnia
odchodzą w zapomnienie, wstydząc się swej własnej małości.
Zostawiając nas z dziesięcioma sekundami poza krzyżem,
poza bladością, poza granicami Nieuchronności. To dziwne.
Po wszystkim samochód zatrzymuje się prawie natychmiast,
a ja czuję ten dziwny nacisk na uszy, tą dziwną ciemność
na moim wzroku. Po wszystkim świat pachnie jak spalona
guma i czujesz smak paniki w ustach. Po wszystkim wszędzie
jest spokojnie i prawie nie zauważam biegnących dwadzieścia
metrów z tyłu ludzi. Mój ojciec opiera się o kierownicę,
a odległa część mnie współczuje mu, temu wielkiemu mężczyźnie
na skraju łez. To on prowadził samochód, nie ja i jeśli
ja mam swój żołądek w ustach, to on musi przyciskać swoje
białe wargi do kierownicy, by powstrzymać jego własny
przed wydostaniem się. Odległa część mnie chce powiedzieć
"zrobiłeś wszystko, co mogłeś, jakoś się ułoży"...
Ale czuję ten smak paniki w ustach i coś zakłóca tę masywną
ścianę odrętwienia. Powoli odrętwienie zaczyna ustępować
i przynajmniej zdaję sobie sprawę, co to jest - dzikie
wycie; nieustający płacz z bólu i strachu dochodzący zza
samochodu. Ten samochód - muszę się wydostać z tego samochodu.
Mimo wszystko wiem, że przekonam się do rzeczywistości
w momencie, gdy otworzę te drzwi na powietrze na zewnątrz,
na wycie. Raczej szybciej pozbyć się tego obrzydzenia,
niż pozostać w nim w tej nierzeczywistej ciszy zaprzeczenia,
które utrwala ten skruszony pojazd, stojący teraz nieszkodliwie
przy drodze, bezpieczny po drugiej stronie niewidzialnego
krzyża.
Pies jest ciągle biały, obłędnie wlekąc swoje sparaliżowane
odnóża za sobą, gapiąc się na nas dziko, próbując ugryźć
każdego, kto próbuje się do niego zbliżyć. "My to
zrobiliśmy" myślę "O Boże, My mu to zrobiliśmy!"
Jak powiedzieć, że ci przykro śmiertelnie choremu zwierzęciu?
Jak wyjaśnić? Gdybyśmy wiedzieli, że będziesz dalej biegł,
skręcilibyśmy w twoje lewo i ciągle byłbyś cały, tylko
przerażony i biegnący... biegnący. Czarne siniaki pojawiają
na tyle jego ciała, od kręgosłupa, a ja chcę płakać. Pies
mnie nienawidzi, wiem to; musi nienawidzić nas wszystkich,
przecież właśnie go zabiliśmy. Ludzie robią, co mogą,
aby wyczyścić ten czarny krzyż, zetrzeć go z mapy - biegnąc
po koce, zwalniając samochody. Ja, który byłem przygotowany
na obwinianie, nie usłyszałem nic. Mruczenie zaniepokojonych
głosów, wśród nich mojego ojca. Czyj to pies? Mógł należeć
do rodziny tam dalej, wzdłuż drogi... wskazuje przez pola...
mają psa, który wygląda jak ten. Numery telefonów odszukane,
telefony wykonywane, a ja patrzę z drżącymi nogami na
psa, głaz i lód w mojej klatce piersiowej, gdy myślę o
płaczących dzieciach tracących swojego psa.
Jest teraz spokojniejszy, jego energia wycieka na gorącą,
letnią drogę, uciekając z jego oczu, jako, że ciągle próbował
wstać, najwyraźniej przykuty do ziemi paskami czarnej
gumy, rysującej asfalt pod jego połamanym ciałem. Ktoś
jest w stanie położyć ocieplający koc na psa i zbliżyć
się, zwracając się do niego łagodnie. Podchodzę bliżej,
zawstydzony. O ta winowajcza miłość w moim sercu, co mam
z nią zrobić? Dzikie wycie zmieniło się teraz w ciche
skomlenie, a jego oczy mgliście poszukują naszych zmieszanych
twarzy. Co to jest? Nie rozumiem tego nowego stanu Życia,
jak to się zdarzyło?
Pies rodziny jest widocznie w domu i bezpieczny, a nowo
przybyli ludzie rozmawiają o dzikim psie, który był widziany
w okolicach w poprzednich tygodniach. Cieszę się szczęściem
dzieci, ale pies przede mną pozostaje ten sam, tak jak
jego ból i strach. Siedzimy teraz blisko zranionego zwierzęcia,
czekając, aż policja przybędzie. Zaczynam się przyzwyczajać
do tego nacisku na uszy. Pies zaczyna się przyzwyczajać
do swojej śmierci. Radiowóz nadjeżdża zza zakrętu, 500
metrów od tego zanikającego krzyża. Zbliżając się cicho
na miejsce, z gorącem asfaltu zmieniającym jego zbyt racjonalny
kształt w prawie łagodną plamę. Nieuchronność. Wieki temu
byliśmy dokładnie w tym samym punkcie, ale podczas, gdy
my jechaliśmy wzdłuż wykropkowanej linii mapy, oni nie.
Podczas, gdy my nie byliśmy świadomi, czego się spodziewać,
oni są. Niedobrze mi, ale przyzwyczajam się do tego.
Dezorientacja. Jak podniesiemy zwierzę z ziemi? Policjant
ostrożnie przeciąga psa na duży kawał drewna, żeby móc
go podnieść. Krótka namiastka wycia, które potem znów
zmienia się w zmęczone skomlenie. W końcu, zanim nawet
cichy policjant załadował zwierzę na tył ich samochodu,
by zabrać je do lecznicy, te słabe oczy zaczęły patrzeć
na nas z uczuciem. I widzę umysł gapiący się przez te
oczy, jakby mówił "Boże pomóż mi - umieram!"
Ale jedynymi bogami w pobliżu tego dnia jesteśmy my, a
nasze postępki nie były sprawiedliwe. Nie chcę widzieć,
jak ja tego nienawidzę! Gdyby tylko ktoś mnie ukołysał
w słodką błogość samozakłamania, jeśli tylko ktoś mógłby
mi pomóc wypowiedzieć przyzwoite kłamstwo... Podczas,
gdy podłe siniaki rosną i ciemnieją na sparaliżowanym
zadzie psa, słyszę głos wewnątrz mnie, próbujący mnie
przekonać, że pies wydobrzeje, pies wydobrzeje. A jeśli
pies wydobrzeje, to może ja też, pomimo wycia i spalonej
gumy. Pomimo tych wypełnionych uczuciem oczu zwierzęcia,
niezdolnych do oddzielenia mnie od kierowcy tego samochodu.
Samochód. Musieć wrócić do tego samochodu i jechać do
domu, wiedząc że pies udawał się w innym kierunku.. Gdziekolwiek
by go nie zabrali, dokądkolwiek byśmy nie pojechali, on
niewątpliwie udałby się w innym kierunku. Żadnej słodkiej
błogości samozakłamania, żadnej litości nad zabójcą. Wracaliśmy
w ciszy, a mnie wydało się, że, niezależnie od pisku opon,
dzikiego wycia, zmartwionych głosów, cały ten dzień wydawał
się być naznaczony przez ciszę. Jak na razie, jedynym
widocznym znakiem na nas było małe stłuczenie z boku samochodu.
To dziwne. To małe stłuczenie nie opowiedziało historii
tego dnia, w ogóle nie mówiło o wyciu i wielkich krzyżach.
Jeszcze w jakiś czas po wszystkim zapach śmierci był ciągle
w powietrzu... Otoczenie prawie nie tknęło samochodu,
podczas gdy kupa mięsa i krwi, która jestem, ciągle dźwiga
spojrzenie tych słabych, wypełnionych uczuciem oczu głęboko
wewnątrz siebie. Podczas, gdy dławione wycie odbija się
w moich uszach za każdym razem, kiedy przejeżdżam obok
zaschniętych plam zwierzęcej krwi na drodze. Mimo, że
nie było żadnych stłuczeń, znaków, ani czarnych guzów
na moim ciele, to wiem, że zapach przerażenia zachowuje
się o wiele łatwiej w mięsie, niż w metalu. Ponieważ,
oczywiście ciągle tu jest, ponad piętnaście lat po wszystkim.
To dziwne. Po wszystkim, to jak badanie mapy, na której
dwa obiekty na pewno się spotkają, na tym wielkim, złowrogim
krzyżu. Po wszystkim, możesz z łatwością - z łatwością
- dokładnie wskazać setki kropek na tych dwóch liniach,
w których możesz zmienić rezultat i uniknąć Katastrofy,
prawie bez wysiłku! Po wszystkim... Ale struktura czasu
nie działa w ten sposób. Struktura czasu nie pozwala na
tego rodzaju łatwe zmiany, ponieważ jest oparta na zupełnie
innej podstawie: Nieuchronności. A to, gdy tragedia jest
wystarczająco wielka, jest aspekt życia, w którym może
ono nas w końcu złamać.
4 grudnia, 2000
2:22 rano
|